Wpienia mnie stan moich ulubionych butów, a konkretniej ich podeszw. Buty ów są super wygodne, leciutkie, prawie nie czuć ich na stopie, świetne do chodzenia po asfalcie, bruku, trawie, drogach gruntowych, na przełaje górskie i nizinne.
Po pięciu latach wiernej służby podeszwy uległy tak daleko posuniętemu zużyciu, że kolejnego sezonu moje butki już najpewniej niestety nie wytrzymają. Od kilku lat lewy but ma wypaloną dziurę od węglika, który nań spadł podczas pomaturalnego ogniska, w ciągu ostatniego roku śmieszne gumowe uszko na języku przetarło się od ciągłego kontaktu z szorstkimi sznurowadłami.
Zjeździłem z nimi i złaziłem w nich kawał świata, w nich eksplorowałem ruiny niedokończonej EJ Żarnowiec i obawiam się, że tegoroczna wyprawa wyznaczy kres ich użyteczności.
Tylko ten, kto musiał pozbyć się swoich ulubionych glanów może zrozumieć ból, złość i smutek, które mi teraz towarzyszą. Co gorsza, wisi nade mną widmo dużego wydatku przy okazji zakupu godnych następców dla moich cichobiegów. Ehh...
