Wrócę do jakiś czas temu poruszonego tematu o debilach szkolnych. Mnie również wpienia, że takie dekle siedzą na lekcji i nic nie robią, nie odrabiają prac domowych, ciągną same pały a potem wystarczy tylko pozaliczać od tak semestry i już przechodzą dalej. Za to ja (i osoby uczące się w klasie) zakuwam ciągle a i tak rezultaty słabe. Z fizy mam tróję (słabą mam pamięć do wzorów i tym podobnych, a ostatnio nauczycielka ostro wertuje nas pod kątem ściąg), a z kolei dekiel, który całą 3 gimnazjum się nie uczył, nagle zebrał ze dwie dwóje i tróje i już ma 2/3 na koniec roku. Na dodatek irytuje mnie swoiste faworyzowanie kujonów. Mamy taką jedną w klasie, co ma najwyższą średnią w szkole i same piątki i szóstki na koniec. Ja dostałem jedną czwórę z infy ze sprawdzianu i już mam 4/5, a ona dwie czwóry i nadal 5. To faworyzowanie daje czasem nieźle znać i powoduje konfliktowe sytuacje. Irytuje mnie też bezkarność gówniarzy. Kiedy ja rzekomo pobiłem dzieciaka (tylko go nastraszyłem, by nie cwaniakował) to już od razu mama być musiała i leciałem do dyrektorki. I tak wyszło na jaw, że to on prowokował, a jego ojciec dostał porządny ochrzan od mojej mamy

Kolejną sytuacją są niejasności z mieniem szkolnym. Czemu ja z kolegą mamy odpowiadać za młodych chuliganów, którzy poniszczyli nam ławkę? Jakieś młodzieje zerwały listwy, a to dyra pluła się do nas, byśmy to naprawili. Jak koledze wieeelkiego penisa namalowali to tylko winny przyszedł i starł. Z kolei gdy my coś zrobiliśmy, była od razu wielka afera i sypały się ujemne. Czemu te szkoły mają taki dziwny balans "sprawiedliwości"?