Jak by to powiedzieć, jest coś, co mnie nieodmiennie wku***a, odkąd mieszkam w Warszawie i dużo jeżdżę samochodem, jako pasażer.
Na początku nadmienię, że nie mam prawa jazdy, zdawałam 7 czy 8 razy, nie nadaję się, nie potrafię się skupić na tym wszystkim naraz, nie byłam w stanie opanować cofania, myliły mi się strony lewa z prawą, słowem - cofnęłam się do przedszkola.
Skoro nie zdałam tyle razy, najwyraźniej się nie nadaję i odpuściłam, żeby6 kogoś nie zabić.
Tymczasem kobity zdają do skutku, a potem...!!!
To, co baby wyprawiają w ruchu miejskim, to woła o pomstę do nieba. Na początku kłóciłam się feministycznie ze swoim chłopakiem, że jest szowinista, a on zaczął mi zwracać uwagę w newralgicznych chwilach, żebym zobaczyła, kto prowadzi.
Prawie zawsze kobiety tamują ruch, beztrosko szukając sobie miejsca do parkowania, jeżdżą zbyt wolno i asekuracyjnie, powodując długi ogon za maleńkim seledynowym seatem. Łamią przepisy ruchu, skręcają, jak im się podoba, nie patrzą na znaki drogowe. O tym, jak parkują, to już szkoda gadać.
Nie pluję jadem (tym razem

), po prostu ta prawidłowość, że większość problemów w codziennym ruchu miejskim powodują kobiety mnie zastanawia.
Skąd to się bierze u kobiet?
A może nie powinny być już dopuszczane do np. piątego egzaminu, jak czterech nie zdadzą?
Po co produkować takich kierowców?
Pewnie mi to powiecie, bo ja w branży motoryzacyjnej, to wiem, że podoba mi się TVR Griffith 500.