przez Plaargath w 28 Kwi 2015, 01:22
OK, już wyjaśniam. Po krótce, bo o tym można grube knigi pisać - zresztą niejedna już została napisana i gorąco je polecam.
Co znaczy "ortodoksyjnie o osi czasu": Patrz, jeśli założysz sobie, że czas jest jeden i nie rozgałęzia się, to z tego łacno wynika, że:
- jeżeli (tylko) A powoduje (zawsze) B, to znaczy, że istnienie B świadczy o uprzednim zaistnieniu A. Czyli jeśli jutro odkryjesz wehikuł czasu i przelecisz się do 17 września 1970 (strzałka czasu, czyli kierunek, w którym ów biegnie - w przód albo w tył), żeby uratować Hendrixa, to nie uratujesz Hendrixa, bo jedyne, co się stanie, to "rewind" - taśma odtworzy się tak samo. Jedyna różnica, że teraz Ty tam jesteś - a to z kolei oznacza, że już tam byłeś, no bo 45 lat później wszyscy wiemy, że zostawiłeś Hendrixa na pastwę Moniki Dannemann i czapa. Tyle tylko, że gdybyś tam był, to o tym też by wszyscy wiedzieli. Nie wiedzą - znaczy nie byłeś. Tak by działała zmiana strzałki czasu, jeśli założyć, że czas jest jeden - wszelkie jego cofanie powodowałoby tylko lagi we wszechświecie, zupełnie dla nas niedostrzegalne, a sam "znikłbyś" ze swoim wehikułem w momencie cofania, bo go wcześniej nie było. (Nota bene gdyby ktoś ciągle czas cofał, przyspieszał itp., zachowując jego ciągłość, to i tak dalej tego nie zauważylibyśmy.) Czyli, jak ujął to Tawariszcz "Cofanie się w czasie jest bez sensu, gdyż jeśli się cofniemy i zmienimy cokolwiek to nic się nie stanie, bo to się już stało". Takie podejście do czasu wiele fantazji kładzie i jest po ptokach. Kolejne zdania Tawariszcza zawierają ten sam sens - jest jedna (względnie) zdeterminowana historia i jeśli zawiera ona możliwość wracania w przeszłość, to znaczy, że w przeszłości jakoś ten problem się rozwiązał, skoro dotrwałeś bez szwanku do teraźniejszości.
- no dobra, ale naprawdę zależy nam, żeby dało się cofnąć w czasie, dobrze byłoby jednak, żeby Hendrix nagrał tak z dwie płytki jeszcze. No to masz mniej więcej taki wybór:
a) moment rozpoczęcia podróży wehikułem tworzy twoją kopię, która wpiernicza się w 1970ty. Pomińmy na chwilę, że w zasadzie to zamiast podróży w czasie tworzymy jeszcze dodatkową operację, która dużo bardziej gwałci prawa przyrody. Niech będzie - klon leci w przeszłość. I tu mamy najklasyczniejszy z klasycznych hak, no bo jak ten nowy Uni dożyje 2015 i się sam spotka to co? Albo jak coś zmieni to co? Albo jak sprawi, że jego rodzice się w ogóle nie poznają, to co? Klops. Najwygodniej ustanowić konwencję zakazu i nie dopuszczać, żeby nasi bohaterowie spotykali samych siebie, resztę się jakoś w fabule przepchnie, albo zawsze możemy powiedzieć, że tak naprawdę pisaliśmy groteskę i że nie o to przecież w książce chodziło. (Żeby uniknąć klopsa, dodajemy jeszcze do konwencji Wielką Przestrogę - jak spotkasz sam siebie, to wszechświat pier**lnie.) Po prawdzie klops nie wynika z samego manipulowania czasem, tylko z tworzeniem nowego bytu, ale to inny temat.
Niemniej takie rozwiązanie to próba doścignięcia takiej oto kuszącej myśli - może dla nas, jako aktorów wydarzeń, byłby tylko "rewind", ale gdyby jakiś widz stał "z boku" tego czasu, toby widział, co się dzieje. I tak dochodzimy do rozwiązania b).
b) Trzeba zrezygnować z założenia, że czas jest jeden. Skoro widz widzi nasz czas z zewnątrz, znaczy jest przynajmniej jeden inny czas. I tu masz "tworzenie się alternatywnych". W praktyce: bierzemy mikser, wrzucamy do środka matematykę, logikę i popkulturowe wyobrażenia o wymiarach i wychodzi nam alternatywny wszechświat, jakieś poliversum. Można go jeszcze podlać koktajlem ze statystki(*) i zaraz mózg nam pęknie, no chyba, że skupimy się na akcji z seksem i wybuchami (albo micie - tych nigdy nie należy lekceważyć). Tu już rozpisywać się nie będę, ale można ładnie i przekonująco traktować znane nam cztery wymiary choćby przekształceniami matematycznymi i tworzyć nawet dość wywiedlne wszechświaty.
(*) koktajl ze statystyki = czyli, jeśli policzysz gęstość materii we wszechświecie, wyjdzie Ci, że tam dużo dalej też musi być materia - a że odległości wyobrażone są większe niż ilość możliwych konfiguracji atomów - jasno wynika, że gdzieś daleko musi być "wszechświat", który od naszego różni się jednym, dwoma, trzema wiązaniami chemicznymi, obok taki, w którym pytania nie zadałeś, a jeszcze obok taki, w którym siedzę teraz z Hendrixem po udanym jammie i jaramy trefne zielsko.
Ufff, aleś mnie za język (palce) pociągnął. Ja do takiej gadki zawsze chętny, jakbyś chciał brnąć dalej, natomiast polecam szczerze mistrza Lema - dużo fajnych rzeczy napisał w tym temacie, a miał chłop zdrową rewerencję wobec logiki, więc nawet, jak nią żonglował, było to nieco bardziej uczące niż tzw. współczesny mainstream.
Na koniec tylko jeszcze skomentuję, że powyżej w zasadzie odtworzyliście w kilku postach (Tawariszcz optując za ortodoksją, a Ty domagając się kontr-propozycji) pewną fazę rozwoju SF. Gratulacje!
Merkantylizm, srerkantylizm.
-
Za ten post Plaargath otrzymał następujące punkty reputacji:
Universal.