przez shadow-face w 06 Lut 2008, 02:46
Do stu tysięcy ślepych psów. Jak ostatni raz tu bylem, top liczył sobie z 4 stronki i było nawet milo. Teraz?! Jakies rozruby, wstrzymywanie tematu... hellloooouuu.
Coś a propos tematu:
Wspomniana wyzej akcja rozgramiania "Czachy". Po dogadaniu się z ekipą Maksa wypełniłem zadanie, pojawił się śliczny napisik, że mam zgłosic się do Łukasza, więc pędzę do niego. Byłoby super, z malym tylko wyjątkiem... po wejsciu do pokoju na pierwszym pietrze, Łukasz wykrzykuje, ze jestem wrogiem, a panowie uzbrojeni w strzelby robią z mnie sito. Za pierwszym razem wykorkowałem na schodach, a za drugim, co prawda zdołałem dotrzeć do mostu, ale kilka celnych strzałów pozbawiło resztek sił.
Za trzecim wszystko poszlo jak z platka, Łukaszek się ucieszył, pogratulował mi i nadał kolejna misje. Zdrajca ginie smiercia tragiczną, "kontakt" pada trupem pod drzewem, z obstawa, o dziwo, rozprawily sie niby psy a ja szczesliwy wracam do Łukasza. Ten jakby dostal olśnienia, przypomniał sobie ze ten kabel to jednak chyba jego najlepszy kumpel, a moze ktos z rodziny i dawaj, co kto ile ma w magazynku.
Zrezygnowalem z pomocy Wolnosci, uznalem że to banda falszywych drani( innych okreslen używałem ale tutaj przesiaduja dzieci wiec pomine) i poszedłem na zweglacz.
Zadanie jak zwykle zakończone pomyślnie, więc pora ruszać dalej. A tu co??
Dwie apteczki, z kombinezonu został tylko zbiorniczek na klejnoty rodzinne i buty, jeden anty rad awaryjnie i karabin z którego "zamek wylata".
Nie ma rady, trzeba wracać.
Od barykady ruszyłem pędem w górę, byle tylko uniknąć kulki. Chwila zastanowienia, moment zwątpienia i dziwna ulga na sercu. Wolność znów mi służy przyjacielkim ramieniem.
W wiosce obok bazy ( tam gdzie przesiadował Czacha) miałem skrytke. Troszke pierdółek, ammunicji w brud, kombinezoniki "funfelnówi" typu latex-szmatex i nowiutkie świerzo zajumane od trupa GP-37. Uradowany tą myślą pobiegłem do starego domku z spróchniałym, szarawym płotkiem. Delikatnie uchylam wieczko, zaglądam do środeczka i wałeczek. Ktoś się nie bał i... podwędził mi wszystko co miałem.
Po dłuższej chwili zwątpienia i bluźnierstw maszeruje do Kutwy, w końcu to on jest najbliższym dilerem.
Na mapce dostrzegłem promyczek, ale nie ten, dotyczący Łukasza, tylko Maksa. Ruszam zerknąć czego on od mnie chce. Ten mi dziękuje i wręcza mi waltera. A co mnie tam, prezentów się nie oddaje, więc go schowam. Zaglądam do skrzynki i odnajduje moje fanty. Radość nieopisana ogarnęła moją utrapioną duszę bo odzyskałem swoje dobra.
A co to? Mikołaj przybył w tym roku za wcześnie? Wróżka-żebuszka pomyliła domy?
Piękne, błszczące FN 2000 ofiarowane mi od tak sobie. Z diabelskim uśmiechem pomknąłem do Prypeci. Kilka potyczek na ulicy, patałachy z gaussami na dachu i o dziwo na tarasie domu kultury też. Na stadionie, jak to zawsze bywało, przywitała mnie grupka kibiców z rakietnicami. O dziwo mieli głęboko w nosie moją obecność i z stoickim spokojem przyglądali się jak biegne w ich stronę.
Na elektrowni impreza odbyłą się bez rewelacji, strzelanina, bieganie na czas. Spacerek wśród korytarzy i ten ostatni decydujący moment... drzwi do laboratorium. Dektoder włącza się, zegar zaczyna odliczanie, pojawila sie jaskrawo niebieska poswiata i... Cisza. Nie pojawił się ani jeden drań do którego mógłym strzelić. Czas dobiega końca, drzwi z łoskotem otwierają się i cała wataha rusza na mnie strzelając bez przerwy.
Cud tylko sprawił, że zdołałem ukryć się za najbliższymi skrzynkami.
Reszta rozgrywki potoczyła się juz bez zmian. Walka, gadka z duszkiem i znów zwiedzanie eletrowni.
Ostatnio edytowany przez
shadow-face, 12 Lut 2008, 10:57, edytowano w sumie 1 raz
W życiu jest tylko jeden poziom trudności... HARD