A ja opiszę dwie mocno irytujące nieprzyjemności, które spotkały mnie i rodziców wczoraj i dziś.
1. Czas najwyższy, by kupić coś większego niż wyjeżdżony Komarek. Wybór padł w końcu na Yamahę Virago 125, bo po prostu ona mi się bardzo podoba, ma długowieczny silnik (jeśli się dba) i co prawda nie ma super osiągów (ledwie około 11-12 koni), ale ja uwielbiam dość wolną jazdę dla przyjemności, więc ten motocykl byłby dla mnie idealny. W końcu znaleźliśmy dość ciekawy egzemplarz. Kosztował 4500, więc jest duży pieniądz i się wymaga. Właściciel
zarzekał się, że chodzi równo, a jego stan wizualny jest idealny. No to pojechaliśmy tam. W jedną stronę wyszło nam około 180 kilometrów. Jedziemy na miejsce i... ręce opadły. Facet przejechał 1,5km na ssaniu, a potem wciąż na nim trzymał silnik, bo stwierdził, że ten jeszcze się nie nagrzał. Silnik był tak gorący, że nie szło go dotykać, tata odłączył ssanie, a ten zaczął się dławić, chodzić nierówno i grzechotać. Dodał gazu i grzechotanie było jeszcze mocniejsze. W końcu go zgasił i spróbował zapalić. Kręcił rozrusznikiem i du... W końcu odpalił, ale rozrusznik się zaciął i trzeba było go jakoś odciąć. Łańcuch był wprost rudy, chrzęścił niemiłosiernie, biegi nie chciały wchodzić i wychodzić, po prostu była to tragedia. W końcu zrezygnowany tato siadł na niego i się przejechał. Było to utrudnione, bo nie mógł aż wbijać biegów. W końcu zsiadł z tego i opierniczył faceta, że niepotrzebnie tyle jechaliśmy. Widać było, że to jakieś cwaniaczki, bo jeszcze dwóch przyjechało z uśmiechniętymi ryjami, aż łykniemy trefny złom. Na dodatek usiłowali jeszcze wmówić nam, że on wciąż musi się nagrzać, jest w świetnym stanie i zarzucał moim rodzicom nieznajomość motoryzacji. Tata zjadł zęby na maszynach z PRLu. Mama co prawda ostatni raz spotkała się z motocyklami, gdy jeździła WSK 175 Kobuz, ale potrafi usłyszeć, że motocykl źle pracuje i nieprawidłowo reaguje. Na dodatek rzekomy idealny stan wizualny był totalnym kłamstwem. Tylny klosz lampy był pęknięty, uszczelniacze przeciekały, rdza dobierała się do ramy, obręczy, tylnego zawieszenia i wahacza. Na dodatek tylny błotnik był malowany, w przednim były dziury i było jeszcze parę takich nieciekawych niuansów. Zdenerwowaliśmy się i w końcu wróciliśmy do domu z niczym. Skąd w ludziach bierze się tyle zakłamania i wciskania kitów? No wiem, że każdy sprzedać chce swój sprzęt, ale jeśli zarzeka się, że ten jest w bdb stanie i na dodatek daje mocną cenę, powinno to być odzwierciedlone. Wiem, że motocykl z 1997 roku nie będzie idealny, ale jakaś przyzwoitość być musi. Z kolei inny człowiek, który wystawił ten sam (identyczna kompozycja wizualna) egzemplarz za 3800, otwarcie powiedział, co jest złe, skłonny był nawet opuścić o parę stów. Ostatecznie spasowaliśmy.
Na zdjęciach wygląda ładnie, w rzeczywistości to jedna wielka kupa. Duża ilość błyszczącego chromu nie odwróci uwagi od rdzy w elementarnych miejscach.
Teraz czas na wpienienie numer dwa.
Dzisiaj pojechaliśmy z rodzicami do miasta, by załatwić formalności związane z A1. Okazało się, że nasz wspaniały rząd tak nakombinował, by jak najmniej osób w ogóle się tego podejmowało. Ostateczny koszt wynosił 1100zł, należało odbębnić sporo godzin i podobno sam egzamin teoretyczny nie jest prosty. Na dodatek przejazdy miały cechy niczym z BRD w szkołach. Jak zwykle chcą zedrzeć z obywatela ostatni pieniądz. To powinno kosztować najwyżej 400-500 zł, bo co ja pracownik? Skąd mam tyle szmalu wziąć na to, by pojeździć 125tką o ograniczonej mocy? (Do 11 kw w dowodzie)