Ubrania. Matko kupowanie ich to tragedia. Jak już wspomniano kupić coś na rozmiar to jak kupowanie kota w worku. Bluzki L, XL, XXL wszystkie dobre, wszystkie prawie takiego samego rozmiaru- tylko którego? Buty 38, 39, 40. Bez przymiarki się nie obejdzie, internet hmm ryzykowny biznes- tu mniejszy problem bo najczęściej 39 więc od tego zaczynam. Spodnie to katastrofa jakaś. W pasie ok w udach za małe, w udach dobre w pasie za duże. Jak znajdę dobre okazuje się że nogawki jakieś szerokie, wieśniackie- nosz kur*, weź przymierzaj z 10 par zanim znajdziesz w miarę ok. Nie jestem pasjonatką shopingu więc zaczynam się irytować bardzo szybko...
Wkurza mnie zima, to okropna pora roku. Żadnej nie lubię w pełni, każda ma jakieś minusy dla mnie ale zima to już całkiem. Zimno- jak ja go nie lubię, nawet latem śpię w skarpetkach no chyba że...
Śnieg- białe paskudztwo które moczy nogawki i skarpetki przez co trzeba się przebierać po powrocie z dworu, daje pretekst do rzucania nim przez gówniarzy, ugnieciony robi się śliski więc trzeba uważać jak się chodzi bardziej niż zwykle.
Palenie w piecu- matko.... To chodzenie po opał, rozpalanie, potem chodź i pilnuj by nie wygasło...
Te wszystkie grube rzeczy, kurtki, szaliki, rękawiczki, niewygodnie w tym ale co zrobić..
Humor się psuje, brak słońca, krótszy dzień, często złe ciśnienie- powodujące ospałość, pesymizm, brak ochoty by robić cokolwiek podczas gdy trzeba zrobić w domu tyle rzeczy. I weź tu nie oszalej, no ja pier*. Byle do wiosny!
Się rozpisałam
