Mimo, że muzyki klasyczno-poważnej nie rozkminiam i nigdy nie uznam jej za jakikolwiek środek wyrazu dla bardziej złożonych zagadnień, to przypomniałem sobie, że kiedyś (z jakieś 10 lat temu) znalazłem u siostry takie coś. Nie jest to muzyka stricte klasyczna, ale jak wyczytałem łączy w sobie tę i jeszcze rock i coś tam jeszcze, symfoniczny metal taki, miszmasz, eklektyzm muzyczny... whatever, dla mnie to wszystko jedno jak to nazywają. Ale muszę przyznać, że da się tego (tej akurat płyty, bo inne do mnie nie trafiły swoją muzyką) słuchać - nie ma monotonii brzdękolenia na klarnetach, skrzypkach, wiolonczelach i tego typu ambitnych instrumentach w nieskończoność, a w dodatku ładny głos ma pani, choć to pewnie nie jest wielka sztuka doceniana przez krytyków: cóż, to chyba jedyna forma wykorzystania fletu, itp. w muzyce, którą jestem w stanie znieść. Za pierona nie wiem o co w tym chodzi, sądząc po tytule płyty i nazwie grupy zgaduje, że pewnie o jakieś szatany, bestie, antychrysty i temu podobne tematy, ale... dla przykładu, te dwa kawałki, choć jak mówiłem cały album całkiem znośny mi się wydaje: