Pamiętam, jak z grubsza rok temu, miałem do wypełnienia - wraz z rzeszą równorocznych - formularz określający zdawane na maturze przedmioty. Kiedy wpisałem sobie pięć przedmiotów rozszerzonych, wszyscy robili gały, pytając jak to zdam. No i zdałem wszystkie, fajnie, jeden tylko angielski rozszerzony poszedł mi miernie. I co z tego, jeśli wosem, historią, polskim, czy geografią mogę sobie w tej chwili wytrzeć podłogę, bo z całej palety kierunków na bliskiej mi (fizycznie i w pewnym sensie duchowo) uczelni (tj. UAM) odpowiadają mi... trzy. Odpowiadały, bo jeden niedługo odpuszczę. Pozostają dwa. "Szczęście w nieszczęściu", że się do tej matury nie uczyłem. Bo nie umiem.
W praktyce ledwo liznąłem historię do rozbicia dzielnicowego, pobieżnie przelatując starożytność i wczesne średniowiecze, do tego dwie czy trzy rozwiązane podstawowe arkusze z matematyki i parę prac na polski, pisanych obowiązkowo w ramach standardowych zajęć szkolnych. I właściwie z biegu napisałem maturę, w iluś kategoriach bijąc resztę na głowę. I nic mi po tym, oprócz satysfakcji z całkiem niezłych wyników uzyskanych prawie zerowym kosztem, jeśli nie licząc paru godzin nerwów przy ustnych. Bo z geografii właśnie rezygnuję, a dwa pozostałe mimo wymagań niewiele oferują... poza kolejną porcją satysfakcji z własnych działań. A tą, za parę lat, gęby nie wyżywię. Humanów od cholery, wobec czego trudno będzie komuś zaimponować magistrem historii, czy bezpieczeństwa narodowego (co biorę pod uwagę, jako że tylko te dwa kierunki + pochodne mogą mnie interesować). I nie wiem na co mogę liczyć, może już tylko na szczęście, bo te w krytycznych momentach raczej mnie nie opuszczało.
I to mnie wpienia, choć z drugiej strony wiem, że pośrednio odpowiadam za zaistniałą sytuację. Co jeszcze bardziej nakręca spiralę irytacji, pluję jadem, a wszyscy mi pie*dolą, żebym zaczął myśleć pozytywnie. Tylko do "pozytywnego myślenia" trzeba mieć podstawy i udawać, że się nie widzi rosnących tuż przed nosem przeszkód, ćam awruk
