Słuchając starszego hc punka (i niekoniecznie mówię tu o kapelach powyżej, chociaż z dzisiejszej perspektywy wszystkie się mniej więcej wliczają) nachodzi mnie pewna refleksja. Co prawda w praktyce wiem bardzo niewiele o scenie niezależnej i innych tego typu sprawach, ale kierunek, w którym zmierza ta muzyka nieco mnie przeraża. Te wszystkie dziwne szufladki, mówienie, że hardcore to nie punk, likwidowanie podziałów poprzez tworzenie nowych... Newschool do mnie ani trochę nie przemawia. A może po prostu to ja jestem czepialski? Ogólnie szanuję każdy zespół, nawet jeśli mi się nie podoba - ale mówienie, że "czasy się zmieniają" do mnie po prostu nie trafia. I żeby nie było, nie mówię tu o wszystkich zespołach z tego "nowoczesnego" nurtu hc punk, bo właściwie każdy z nich stara się coś sobą przekazać, a ich muzyka jest tworzona z pasją i załadowana szczerością. Spoko. Nie wątpię w to. Ale... brakuje moim zdaniem zespołów, które potrafiłyby krytykować rzeczywistość z dystansem i humorem, nie popadając jednocześnie w skrajności. Zwłaszcza te polityczne... Brrr... Polityka w punk rocku, na cholerę to!? Czy nie można po prostu cieszyć się życiem, robić swoje i lać siarczystym moczem na przeciwności? Czy koniecznie trzeba dorabiać do swoich poglądów i przekonań jakąś otoczkę polityczną i szukać na siłę wrogów? Czy nie lepiej po prostu samemu być zmianą, o którą się walczy, jak to powiedział pewien mądry Hindus?