Nie ma miłości, jest tylko żądza. Nie do człowieka, a do pieniądza.
Dziękuję Ci Boże, za te wspaniałe dni, bez których nie mógłbym teraz żyć. Dziękuje Ci za te wspaniałe chwile, bo w swym życiu nie miałem ich aż tyle. Za wszystkie spędzone w samotności i za te szczęśliwe, pełne miłości...
Zmusiłem się w końcu do złożenia sobie jakiejś chociaż małej składanki typowo pod kątem motoryzacyjnego cruisingu, w wolnym polskim tłumaczeniu nazywanego jazdą bez celu, przy czym muzyka może również wzbogacać doświadczenia z przebywanych w trasie kilometrów, gdy człowiek jedzie np. zniszczyć sobie życie niecałe 400 km od domu. A zaczęło się od filmu „Nieuchwytny cel” z Van Dammem i tego kawałka z napisów końcowych…
Proszę państwa, sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę w ciągu kilku sekund, wspaniały wynik. Gdyby w ten sposób można było wypie*dolić z polskiej polityki tych wszystkich śmieci z Okrągłego Stołu, Leszka Millera, byłoby… cudownie i każdemu bym ku*wa kupił po takim Ferrari, byleby w piz*u pojechali tym PROSTO do swojego ukochanego… Izraela. SYJONIŚCI Europy, jedźcie do siebie! Pozdrawiam, Zbigniew Stonoga. Nie jestem antysemitą!
Nie ma miłości, jest tylko żądza. Nie do człowieka, a do pieniądza.
Dziękuję Ci Boże, za te wspaniałe dni, bez których nie mógłbym teraz żyć. Dziękuje Ci za te wspaniałe chwile, bo w swym życiu nie miałem ich aż tyle. Za wszystkie spędzone w samotności i za te szczęśliwe, pełne miłości...
Starzeję się chyba, bo zrobiłem sobie przegląd "hitów" z młodości.
Na początek Rick Astley, który w latach 80-tych śpiewał lekkie i bezpretensjonalne piosenki taneczne a pod koniec kariery nagrał prosty i sympatyczny utwór soulowy:
Zapomniana już dzisiaj Sam Brown i przebój z czasów, kiedy nawet w popowej piosence potrafili znaleźć pół minuty na solo na organach Hammonda: