Oglądałem namiętnie SG-1, tak gdzieś do połowy 9 sezonu. Od sezonu piątego robiłem to już tylko z przyzwyczajenia. Nie sposób ukryć, że jest to produkcja budżetowa i słaba jak rosół na kościach

. Fajnie są postacie - zwłaszcza MacGyver i Tilk z tym swoim "indeed" i brwiami

.
Co można zauważyć po 9 sezonach:
- W języku goauldów wszystko można wyrazić za pomocą dwóch słów: "Jaffa Kree".
- Wszyscy obcy na każdej planecie mówią po angielsku.
- Wrogowie zawsze umierają tak samo - seria z P90, kilka kapiszonów wybuchających na pancerzu i koniec.
- "Naukowość" Samanthy Carter - nie ma choroby czy problemu technicznego którego by nie rozwiązała posługując się dodatkowo mętnym, "pseudonaukowym" tłumaczeniem. Powinna się dziewczyna wziąć za lekarstwo na raka

.
- Goauldy i inni źli postrzeleni z zata leżą bez ruchu do końca odcinka, kiedy to główni bohaterowie wstają po 5 minutach. Może się już uodpornili?

- Widać wyraźnie było, kiedy zabrakło już pomysłów na odcinki - te wszystkie niewyobrażalne choroby, czy (mój faworyt), motyw z wyższym stanem świadomości Daniela Jacksona

.
I mimo tych wszystkich wad zawsze oglądało się przyjemnie, a MacGyver zawsze potrafił uratować sytuację jakimś głupim komentarzem

.

No i RIP dla pana Dona S. Davisa (Gen. Hammond).