KOMPLEKS

W końcu się odważyłem. Często mijaliśmy te dwa, skryte pośród zarośli, rozwalające się budynki, ale nigdy nikt nie zebrał w sobie dość odwagi, by zajrzeć do środka. Sam diabeł wie, co tam się czai. Któregoś dnia wyszedłem z obozu, nie mówiąc, gdzie się wybieram. Chłopaki pewnie myśleli, że urządzę sobie polowanie na arty. Nie. Ktoś w końcu musi zbadać ruiny.
Droga do pierwszego budynku, tego z charakterystycznym obdrapanym kominem, prowadziła przez zarośniętą ścieżkę, z obu stron otoczoną zielonym murem samosiejnych krzewów. Drzwi nie było. Ziemia pod framugą zapadła się i odsłoniła lichą listewkę, podpartą od dołu pękniętą na pół cegłą. Budynek jak budynek.
Niewielki korytarzyk, z drugiej strony wyjście z, charakterystyczną dla epoki socjalizmu, ścianą ze szkła. Po lewej stronie puste framugi prowadzące do małych pokojów z wielkimi oknami. Do czego to służyło, nie mam pojęcia. Chyba już ktoś tu niedawno zaglądał. I to nie byle kto. Na wewnętrznej ścianie fasady budynku znalazłem charakterystyczny znak dla jednej z frakcji w Zonie. Wolność? Tutaj? Co za licho?
Za mną kolejne drzwi, prowadzące do malutkiej hali i, jak mi się zdaje, kibla.
Skierowałem się w lewo, do zagraconego podpiwniczenia, z nienaturalnie wysokim sufitem. W środku leżała opona, chyba od traktora, przykryta drzwiami. Walało się też mnóstwo butelek po rozmaitych alkoholach i jedzeniu. W pewnym momencie pod ciężkim, wojskowym butem chrupnęła mi opalona lufka. Zdecydowanie Wolność... W pomieszczeniu była niewielka przegródka, przy której, wydaje mi się, zrzucano węgiel lub inny opał. Kotłownia? Dziwna kotłownia.
Zszedłem po wysłużonych, podrapanych, przykrytych warstwą betonowego pyłu, schodach. Właściwie to zjechałem, bo stopnie się powycierały. Ktoś tu bywał i to często. Może lepiej się wynosić, póki jeszcze mam czas? A zresztą, wyjść tu od groma, dookoła drzewa i krzewy, na pewno usłyszę. Na wszelki wypadek, mam jeszcze pistolet.
Moją uwagę przykuła wykuta w ścianie dziura. Wewnątrz, poza kolejnym składem butelek, leżała jakaś szmata. Powoli, tak delikatnie, jak tylko umiałem, usunąłem pozostałości po libacji, kładąc szkło na podłodze. Wolałem nie narobić za wiele hałasu. Każdy w Zonie powie, że największym sprzymierzeńcem stalkera jest cisza. W końcu, po kilku dobrych minutach mocowania się z butelkami, a było ich chyba ze trzydzieści, dokopałem się do zawiniątka.
Zakurzona, spleśniała już, chusta nie była najprzyjemniejszym materiałem, jakiego miałem okazję dotykać. Kryła jednak w sobie naprawdę ciekawe znalezisko.
Pistolet. Nie wiem co to za model, bo się na tym zwyczajnie nie znam, ale wydaje się niezły. I chyba w dobrym stanie. Dodatkowo, pod lufą zamontowano celownik laserowy i latarkę. LED. Tą technologię wprowadzono stosunkowo niedawno. Więc i broń nie leży tu za długo. Coś mi tu śmierdzi.
Przesunąłem oba suwaki. Wnętrze wykutej w ścianie jamki wypełniło ostre, jasne światło z niewielką, czerwoną kropką w środku. Działa! A sam pistolet? Nie wiem. Magazynek pusty, a moja amunicja nie pasowała. To nic. Zabierze się do Truskawy, on się zna na rzeczy, powie co i jak.
Wyszedłem z budynku małymi drzwiami w ścianie kotłowni. Pokonałem niewielkie schody, które, choć na zewnątrz, były w lepszym stanie niż te poprzednie. Znalazłem się przy drodze, odgrodzonej od budynku siatką. Wtuliłem się w nią i wyjrzałem na szlak. Pusto. Jeszcze raz obróciłem się, by spojrzeć na rozwalające się "coś".
Przelazłem między labiryntem drzewek do drugiego z budynków. Jakaś naziemna piwnica? Szklarnia? Laboratorium? Nie wiem. Dach runął, ostały się jedynie ściany. W środku nie było widać nawet podłogi. Jedyne, co znalazłem, poza kilkoma gatunkami roślin zielnych, cegieł i tynku, to jakiś fragment rurociągu, może ciśnieniomierz, albo inne dziadostwo.
Nad przeciwległą ścianą wyrastał dach kolejnego niewielkiego budynku. Wyszedłem i skierowałem się właśnie tam. Jeszcze raz zobaczyłem przeszklone drugie, a właściwie trzecie, wejście do, nazwijmy to, "Kotłowni", tam, gdzie znalazłem broń.
Wkroczyłem do dzikiego zagajnika. Przygnębiające miejsce. Walące się ruiny, pusta, odgrodzona siatką, droga, powykręcane drzewa. Uch... W końcu pośród zielonego labiryntu flory dostrzegłem mój cel. Kolejny budynek. Podszedłem do dziury, jaka zionęła po wybitym oknie.
Zdewastowana, spróchniała, drewniana framuga przypominała abstrakcyjną rzeźbę. Na parapecie leżało mnóstwo szkła, ale jakoś trzeba wejść do środka.
Ała! Wiedziałem, że się potnę. Skaleczyłem dłoń i chyba rozdarłem spodnie... Kolejny kibel? Wnioskuję po umywalce, leżącej beztrosko na podłodze. Ale gdzie rury, pisuary, dziury w ścianach, cokolwiek? Nie wydaje mi się, żeby ktoś ot tak przytargał sobie tutaj zlew i rzucił go na podłogę...
Zagracone pomieszczenie nie zdradzało swojego przeznaczenie niczym szczególnym. Magazyn na różne pierdoły? Budynek wypoczynkowy? Grom jasny wie. Wokoło pełno był porozrzucanych śmieci, gazet, starych radiomagnetofonów i tak dalej. Ze ścian odchodziła farba, tynk odpadał. Cokolwiek to było - dawno nikt z tego nie korzysta.
Skierowałem się do wyjścia. Tu też nie było drzwi, tak jak w całym kompleksie. Problem był taki, że ściana budynku zarosła całkowicie, przez sam środek przechodziła gruba gałąź, otoczona mniejszymi pobratymcami. Wróciłem do okna i, uważając, by znów się nie pokaleczyć, wyskoczyłem na porośniętą trawą, ziemię. Przeszedłem ostrożnie między drzewami i spojrzałem na wyjście od zewnątrz. Nie dziwota, że ciężko się wydostać...
W oddali dostrzegłem kilka kolejnych budynków i starą naczepę. Podbiegłem tam, uważając na nieprzyjaźnie wyglądające rośliny i korzenie wyrastające z ziemi.
Budynki były pozamykane na głucho, wolałem nie kombinować z otwieraniem. Za to przyczepa wręcz zapraszała, żeby zajrzeć do środka. Upewniłem się, czy to nie żadna podpucha, czy nie ma tam żadnej pułapki i, po niewielkiej drabince, podciągnąłem się do okienka. W środku ktoś urządził sobie schowek. A przynajmniej tak to wyglądało. Metalowa skrzynia, nieudolnie zakryta dechami prowadziła do tylko jednej konkluzji. Nie chciałem się gramolić do środka, bo po co mi jeszcze więcej żelastwa? I tak jest ciężko.
Zeskoczyłem z drabiny i podbiegłem do małego sosnowego lasku. Poruszałem się wzdłuż niego. Do obozu jakieś dwa kilometry. Pośród drzew zobaczyłem jeszcze jeden budynek, ale wolałem się do niego nie zbliżać. Coś zbyt zachęcająco wyglądał... Zmysł stalkera mówił, że to zły pomysł.
Wróciłem. Nie powiedziałem oczywiście, gdzie byłem. Wspomniałem tylko chłopakom o pistolecie. Naściemniałem, że niby znalazłem go pod drzewem, owiniętego w szmaty... A po co im wiedzieć, gdzie byłem i co robiłem? Jeszcze im zaszkodzę, jak się poprztykają z Wolnością... Co ja widziałem, to moje.